Shadoe

Nocne niespodzianki
    Był dość wczesny wieczór, choć godzina była już na tyle późna, by jedynym źródłem światła oświetlającego las były gwiazdy i srebrny, pełny księżyc. W pełni, dumnie unoszący się ponad wszystkim i niby świecący, oszust odbijający światło schowanego za horyzontem słońca. Jednak Elizabeth nie szła tym razem leśną ścieżką, a oświetlonym żółtawym światłem starych latarni, miejskim chodnikiem... choć miejsce to raczej nie łatwo nazwać miastem, znajdują się tu w końcu jedynie cztery niewielkie chatki, połączone wyłożonymi kamieniami ścieżkami, należy jednak przyznać iż są to świetnie dopasowane i równo ułożone kamienie. Mała wioska u stóp niebezpiecznego nocą lasu.
    Eli wracała właśnie z chatki brata, odwiedza go raz na kilka miesięcy, pozwala sobie więc raz na ten czas na nocne przechadzki przez te kilka kilometrów od swojej wioski. Wbrew ogólnemu przekonaniu, nocne spacery przy, czy też w lesie nie są niczym przerażającym, bynajmniej nie dla Eli. Noc pod jednym względem góruje nad dniem, dzięki czemu "mroczna atmosfera" nocnego lasu sprzyja spacerom po nim. Otóż - nocą nie ma tu hałasów. Nikt nie krzyczy, dzieci się nie bawią, a jedyną muzyką tu graną jest pochukiwanie sów i cichy szmer liści poruszanych przez lekki wiatr przedzierający się z ledwością między pniami starych i potężnych drzew, ale także tych młodszych i słabych, dopiero dorastających i poznawających świat, a mimo to starszych od niejednego człowieka.
    Lecz ten spacer został zakłócony, spokój sprowadzony przez nocna muzykę natury rozproszyło jedno krótkie i niespodziewane zdarzenie. Nadeszło ono nim jeszcze Eli zdążyła zorientować się iż stoi w zasłoniętym przed światłem zaułku, wciągnięta do niego jednym silnym pociągnięciem męskiej ręki, należącej do starszego od niej mężczyzny, którego głowa przysłonięta była kapturem, mimo iż był odwrócony tyłem do latarni. Oświetlona była jedynie twarz Beth.
    Mężczyzna ów nie okazał się złym, choć pierwsze wrażenie nie wskazywało na nic przyjemnego.
- Nie krzycz. - wyszeptał gdy w końcu rozluźnił uścisk, wciąż jednak nie zdejmując dłoni z ust dziewczyny. - nic ci nie zrobię. - powiedział zadziwiająco spokojnym tonem zmieszanym z ciężkim oddechem wywołanym wysiłkiem przytrzymywania dziewczyny. - Przyrzekam. - Odsunął powoli rękę z ust Eli.
- Tak? - Syknęła od razu. - Więc mnie puść! - Ledwo powstrzymała się od wrzasku, nie wiedziała jednak, czemu nie chce krzyczeć. Gdy mężczyzna nie przestawał ściskać jej ręki, zdecydowała się jednak to zrobić, zdesperowana i wciąż przestraszona nagłym "porwaniem" do zaułka. W tym samym momencie jednak poczuła, jak dłoń porywacza ulega, jakby zmęczona i pozbawiona sił, odsuwa się od niej. Jest wolna, nikt jej już nie trzyma. Eli zdała sobie sprawę, że może uciec... a mimo to, nie robiła tego nadal trzymana, lecz przez dziwaczną siłę, która kazała jej zostać. Zapewniała, że nic jej nie będzie. Uwierzyła.
- Obiecuję. - powtórzył się mężczyzna. - Nic ci nie zrobię... mam coś dla ciebie. - dodał, po czym zza swojego płaszcza wyciągnął lekko połyskującą kulę, delikatnie owalną, lecz gładką. Położył ją z największą dla siebie delikatnością przed Elizabeth, po czym zniknął w cieniu. Eli jeszcze długo przyglądała się tajemniczemu prezentowi i zastanawiała się and tym dziwnym spotkaniu, które było tak nagłe... impulsywne, gwałtowne, i skończyło się tak niespodziewanie, jakby skończył się tusz i potrzebne było szybkie zakończenie.
    W końcu chwyciła kulę i ruszyła dalej, do domu. Już wiedziała, że szmaragdowa kula nie jest nią, a jajem. Jajem, w którym rozwija się życie, choć powoli, niebawem wykluje się z niego żywe stworzenie. Smok, a ona będzie jego opiekunką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz