Czwarty w rodzinie.
- Heo, Shadoe... Meinu - Zawołała jeszcze młoda Elizabeth trójkę swoich smoczych urwisów radośnie ganiających się właśnie po lesie. Wszystkie maluchy od razu skierowały drobne, a mimo to już dorównujące jej własnej, główki ku niej w oczekiwaniu. - Chodźcie. - Rozkazała w końcu machając w tym samym momencie zapraszająco ręką, smoczątka jednak nie miały najmniejszej ochoty wracać do domu. Stały więc w miejscu mimo domagań ludzkiej matki. - W porządku. - Stwierdziła widząc smutne oczy swoich podopiecznych. - Zostaniemy jeszcze godzinę... ale potem nie ma dyskusji. - Powiedziała znów machając ręką, tym razem w zaproszeniu do zabawy. Łuskaczom nie trzeba było długo powtarzać od razu kontynuowały swoje radosne harce między pniami drzew, szybko zniknęły w oddali, lecz Elizabeth nie martwiła się tym Zawsze wracają. Tym razem nie wracały jednak bardzo długo, a w głowie dziewczyny zaczęły pojawiać się już coraz to czarniejsze myśli. A jeśli spotkały inne smoki i one je... nie.
- Na pewno nie. - Dokończyła na głos. Po raz któryś z kolei poderwała się z głazu, który służył jej za krzesło, i zaczęła rozglądać się dookoła. Mrużyła oczy, by widzieć więcej, nie chciała jednak iść stąd... Trafią tu, na pewno... ale jeśli stąd pójdę... są za małe, nie znajdą mnie w lesie. Kolejny ogromny wdech i wydech dla uspokojenia się, i kolejna nieudana tego próba.
- Heo! Shadoe! Meinu! - Zaczęła nawoływać swoje smoki. Może to coś a... Po chwili w krzakach coś zaszeleściło, a Eli usłyszała charakterystyczny dla swoich małych podopiecznych ryk powitalny. Cała trójka wparowała na polanę utaplana w błocie, oblepiona liśćmi i igliwiem. Shadoe miała na głowie nawet pełznącego po nosie ślimaka, który najwyraźniej nie bardzo jej przeszkadzał. - Jesteście! - Dziewczyna podbiegła do maluchów najprędzej, jak tylko była w stanie nastoletnia prawie-kobieta. W ostatniej chwili powstrzymała się od uściskaniem ich wszystkich, przypomniawszy sobie o ognistych "skrzydłach" Heo'go. Radość z odnalezienia zgub została w tym samym momencie stłumiona gniewem zatroskanej matki.- Zdajecie sobie w ogóle sprawę... - Przerwała. Dostrzegła, że maluchy nie są same. - Co ty tu masz? - Szepnęła, wyciągając rękę ku jaju, jakie trzymała w pyszczku Meinu. Było brązowe i pokryte jakby korą, a przy nim uparcie latał świetlik, jakby obronę jego i czuwanie przy nim uważał za swój cel życiowy. Jajo było podłużne i wyglądało na trwałe, tak więc młoda smoczyca bez problemu przyniosła je aż tutaj, z głębin lasu... Mała posłusznie wypuściła je z uścisku, pozwalając Elizabeth chwycić je w dłonie.
Otrzymała od niej najcenniejszy podarunek, jaki człowiek może dostać od swoich jaszczuczych przyjaciół - smocze jajo, kolejnego członka rodziny. Cała złość przeminęła, została już tylko radość i wdzięczność. - Dobrze, chodźcie do domu... musimy znaleźć dla niego miejsce. - Powiedziała, a wszystkie smoczątka posłusznie podążyły za nią na skraj wioski, gdzie zamieszkują w piątkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz